Nowa książka Wydawnictwa Homo DeiJim McManus CSsR
Odkryj swoją wartość
Prawdziwe poczucie własnej wartości jest niezbędnym warunkiem ludzkiego szczęścia. Nie można go jednak kupić. Jest to dar, który tylko sami sobie możemy podarować i tylko sami możemy się go pozbawić.
Ceniony autor Jim McManus CSsR ukazuje psychologiczne i duchowe aspekty poczucia własnej wartości oraz konsekwencje jego utraty. Przekonuje, że odnajdywanie własnej wartości wiąże się z poznaniem siebie i rozwojem życia duchowego. Książka jest propozycją wejścia na drogę do odkrycia tej wartości oraz lepszego i pełniejszego życia.
„Wielu badaczy dostrzega wprawdzie znaczenie duchowego wymiaru poczucia własnej wartości, brakuje jednak prób wyjaśnienia, co ów wymiar oznacza i na czym miałby polegać. Książka Jima McManusa wypełnia tę lukę” (dr Stephanie Thorton).
Fragment książki:
4. Podstawowe przekonania a poczucie własnej wartości
Pełznący w mule jak robak,
oblepiony szarym błockiem,
ja mam być na obraz Boga –
rety! Śmiechu warte, ot co.
Joe Corrie, górnik z Fife
Jakie wartości kształtują nasz pogląd na własne „ja”? Skąd się biorą? Jaki wywierają wpływ na nasze życie? Wyznawane przez nas wartości stanowią normę, w odniesieniu do której tworzymy samoocenę. Psycholog Stanley Coopersmith pisze: Poczuciem własnej wartości nazywamy osąd, który wydajemy i na ogół zachowujemy w stosunku do siebie, a który odzwierciedla naszą aprobatę lub dezaprobatę i wskazuje, w jakiej mierze uznajemy się za kompetentnych, ważnych, odnoszących sukcesy i prawych. Krótko mówiąc, jest to prywatna ocena własnej prawości wyrażająca się w postawie, jaką zajmujemy wobec samych siebie.
Skąd jednak pochodzą kryteria, według których oceniamy siebie? Otrzymaliśmy je od Boga czy od innych ludzi? Przyjęliśmy je świadomie czy bezkrytycznie? Czy możemy na nich polegać? Czy są słuszne? Ogółem: czy osądzamy siebie na podstawie właściwych mierników? I czy na ich podstawie osądzamy siebie we właściwy sposób? Czy postrzegamy siebie trafnie? Czy jesteśmy wobec siebie sprawiedliwi? Ufamy swojej opinii czy opieramy samoocenę na tym, co słyszymy od innych?
Aż nazbyt często nie myślimy nad wartościami, do których się odwołujemy w samoocenie: na ich podstawie wyznaczamy sobie normy postępowania, ale się nie zastanawiamy, dlaczego to robimy ani czy te normy są słuszne. Gorzej: nasza samowiedza bywa wyrywkowa i zniekształcona, tak że nie potrafi my nawet zastosować tych norm trafnie i sprawiedliwie.
Nieprzemyślana postawa wobec siebie
Jak przekonaliśmy się w poprzednich rozdziałach, dzieciństwo to okres szczególnej wrażliwości, jeśli chodzi o postrzeganie i osądzanie siebie. Postawa wobec siebie przyjęta bezkrytycznie w tych wczesnych latach nieraz oddziałuje na całe dalsze życie.
Im młodsze dziecko, tym słabiej orientuje się w świecie, tym mniej zna ludzi, których opinie tworzą podstawy jego samowiedzy i samooceny, i tym bardziej liczy się ze zdaniem zaledwie kilku osób: rodziców, może rodzeństwa.
Wszyscy ulegamy wpływowi cudzych poglądów. To naturalne. Zupełne ignorowanie nastawienia innych wobec nas powodowałoby głęboką izolację i poważnie osłabiało naszą zdolność do nawiązywania relacji z otoczeniem. Niektórzy psychologowie uważają, że taka postawa prowadzi do choroby umysłowej lub pobudza do działań antyspołecznych, a nawet niegodziwych.
Zdrowy rozwój wewnętrzny wymaga jednak, byśmy opanowywali siebie, nie poprzestając na przyjmowaniu cudzych osądów. Jak widzieliśmy, wiąże się to z autorefleksją, z wyborem elementów, które będą kształtować naszą tożsamość i samoocenę. We wczesnym dzieciństwie nie jesteśmy jeszcze do tego gotowi: brakuje nam odpowiednich zdolności umysłowych oraz wiedzy. Dojrzewając, uczymy się rozpatrywać cudze opinie w odpowiednim kontekście, w świetle własnych wartości i przemyśleń. Ten proces rozwojowy trwa całe życie: coraz lepiej poznajemy siebie.
Z dzieciństwa możemy zatem wynieść samoocenę zdominowaną przez poglądy wąskiego grona osób – samoocenę, której nie potrafi my analizować ani traktować z dystansem: jeśli jako dzieci dowiadujemy się, że jesteśmy źli (lub dobrzy), podchodzimy do tych słów bezkrytycznie. Nieraz tkwią nam one w sercu przez lata.
Większość psychologów szkolnych uważa, że problemy emocjonalne, z jakimi się zmagamy, wynikają w dużej mierze z bezrefleksyjnego przyjęcia wyznaczonych nam norm oraz opinii usłyszanych w dzieciństwie.
Sposób, w jaki traktowano nas w niemowlęctwie, na przykład, wpływa na nasze nastawienie wobec innych i wobec siebie w późniejszych latach. Matka, która jest wrażliwa na potrzeby malucha, ciepła i serdeczna, kształtuje dziecko pewne uczuć otoczenia i własnych, przekonane, że zasługuje na miłość. Dziecko takie żyje w przyjaznym świecie, w którym może bezpiecznie się rozwijać i zdobywać wiedzę. Ojciec niewrażliwy lub niekonsekwentny w swoich reakcjach kształtuje dziecko niespokojne, niepewne miłości, powątpiewające, czy naprawdę jest jej warte. Dziecko takie postrzega świat jako wymagający ostrożności; jest skłonne szukać otuchy u innych, zamiast samodzielnie zdobywać wiedzę w poczuciu bezpieczeństwa. A matka i ojciec chłodni i niedostępni wobec dziecka przekazują mu wiadomość: n i e z a s ł u g u j e s z n a m i ł o ś ć.
Małe dziecko nie jest wystarczająco dojrzałe, by spojrzeć na zachowanie rodziców z dystansu i je ocenić. Zostaje zatem z istotną – i przyjętą bezkrytycznie – opinią o sobie: z podstawowym przekonaniem, które przygotowuje grunt pod jego stosunek wobec siebie (oraz wobec innych) w późniejszych latach, a może do końca życia: z a s ł u g u j ę / n i e z a s ł u g u j ę n a m i ł o ś ć.
Sposób traktowania nas w dzieciństwie: aprobata lub dezaprobata, wyznaczanie nam celów dostosowanych do naszych możliwości lub za wysokich, sam charakter tych celów, decydują o naszej pierwszej relacji do samych siebie. Przyswajamy i przejmujemy postawę rodziców: zaczynamy mówić sobie to, co usłyszeliśmy od nich, oczekiwać od siebie tego samego co oni, tak samo oceniać swoje zachowanie. Zupełnie jakbyśmy nagrali ich wypowiedzi i je odsłuchiwali. A jeśli postawa rodziców wobec nas była negatywna, to – jak pisze Gershen Kaufman –
Ponieważ stosunek wobec siebie wzorujemy na traktowaniu, jakiego doznaliśmy lub jakie obserwowaliśmy ze strony ważnych dla nas osób, uczymy się zawstydzać siebie, gardzić sobą, nienawidzić i terroryzować siebie, a nawet wypierać się tej cząstki siebie, którą nasi rodzice odrzucali w miarę konsekwentnie – rozmyślnie lub mimochodem. (…) Uczymy się zatem powtarzać sobie bezgłośnie to, co kiedyś mówili nam rodzice.
Ile takich podstawowych przekonań chowamy w sobie, przekonań wpojonych nam przed laty? Jaką władzę mają nad nami, jak wpływają na nasze nastawienie wobec siebie? Czy rzeczywiście dotyczą osób, jakimi jesteśmy teraz? Czy możemy uciec od negatywnych opinii o sobie tkwiących w naszym sercu, opartych na minionych, od dawna nieistotnych zdarzeniach?
Kwestię uwolnienia się od dawnych ocen omówimy nieco później. Na razie skoncentrujmy się na potrzebie namysłu nad tym, w jaki sposób oceniamy siebie i d l a c z e go. Jaki bagaż przeszłości dźwigamy ze sobą bez zastanowienia? Jakie normy przyjęliśmy bezkrytycznie, by według nich mierzyć własną wartość?
Oczywiście, wewnętrzne szkody nie zawsze wywodzą się z dzieciństwa: wszelkie międzyludzkie relacje, które narażają nas na odrzucenie, deprecjację, oszczerstwa, również mogą obciążyć nas negatywnym stosunkiem wobec samych siebie. Nieudane małżeństwo lub burzliwy proces rozwodowy, na przykład, prowadzą często do zaniżonego poczucia własnej wartości – bo przecież zawiedliśmy w tak ważnym zadaniu: budowie rodziny. W podobny sposób działa na nas bezlitosna konkurencja w pracy, brutalne traktowanie nas przez silniejszych uczniów w szkole, obojętność otoczenia wobec naszych starań.
Wyplątanie się z negatywnej samooceny wymaga zmiany spojrzenia na nas samych. Możemy to osiągnąć dzięki nowym kontaktom, dzięki komuś, kto postrzega nas bardziej pozytywnie, oraz dzięki autorefl eksji, opanowywaniu siebie, analizie podstawowych przekonań i wykorzenianiu tych, które są szkodliwe lub fałszywe. Warto zapytać: W którym domu mieszkam: w domu konstruktywnym – domu twórczego słowa Bożego, czy w domu destruktywnym? A jeśli w tym drugim miejscu, to dlaczego?
Stosowanie niewłaściwych norm: sukces i porażka
Życiowe sukcesy i porażki bywają podstawą samooceny tak często, że mogą sprawiać wrażenie naturalnej, koniecznej miary naszej wartości. Te g o podstawowego przekonania chyba nie musimy poddawać krytycznej analizie?
Psychiatra James Gill SJ pisał:
Z badań socjologicznych w Stanach Zjednoczonych wynika, że oceniamy własną wartość, przyglądając się nie tyle sobie, ile swoim sukcesom – zarówno w sferze materialnej, jak i duchowej. Rzecz jasna, mierzymy sukces według różnych kryteriów, ale w zasadzie każdy uczy się w dzieciństwie – od rodziców, nauczycieli i innych autorytetów – stosować cztery główne wskaźniki własnych dokonań: znaczenie, kompetencję, prawość i władzę.
Coopersmith tłumaczy te cztery wskaźniki w następujący sposób: „zdolność do wpływania na innych i panowania nad nimi nazwiemy władzą; akceptację, zainteresowanie i życzliwość, jakie budzimy – znaczeniem; przestrzeganie norm moralnych – prawością; a skuteczność w spełnianiu oczekiwań – kompetencją”.
Nasza kultura rzeczywiście jest zorientowana na sukces. Liczą się w niej osiągnięcia i – jak pisał Gill – od dzieciństwa wpaja się nam przekonanie, że to one są sprawdzianem naszej wartości. Odnoś sukcesy w szkole albo będziesz do niczego! Odnoś sukcesy w pracy i życiu prywatnym albo okażesz się nieudacznikiem! Stale jesteśmy bombardowani takimi informacjami. Ale czy nasze dokonania są właściwą podstawą samooceny?
Jak ważne jest dla nas powodzenie w wymienionych przez Gilla dziedzinach? W jakim stopniu postawą wobec siebie odzwierciedlamy wielkość własnych osiągnięć – lub porażek? Co by się zmieniło w naszej samoocenie, gdyby odebrano nam wszystkie sukcesy? Co by się zmieniło, gdybyśmy zdołali poprawić wszystkie swoje niedociągnięcia? Żydowski psychiatra Bruno Bettelheim przeソyウ niewol・ w nazistowskim obozie koncentracyjnym. B鹽ケc tam, zauwaソyウ, ソe niektzy wi堯niowie bardzo szybko si・ zaウamywali lub zaczynali si・ utoソsamia・ ze swoimi prze徑adowcami, szukajケc u nich wsparcia w prie odzyskania toソsamo彡i, inni za・ byli bardziej odporni i niezaleソni. Jak stwierdziウ, sウabo懈 okazywali zwykle ci, ktzy poczucie wウasnej warto彡i czerpali gウnie z dawnych osiケgni・: z piastowanych przed wojnケ stanowisk, dokona・ zyskujケcych im powszechny szacunek. Lepiej natomiast radzili sobie ci, ktych samoocena przetrwaウa to obozowe ogoウocenie, bo nie opieraウa si・ na sukcesach ani na poraソkach.
Są nawet naukowe dowody na to, że sukcesy i porażki to nie jedyne źródło poczucia własnej wartości. Psychologia wyróżnia tu dwa elementy: ocen・ wウasnych dokona・, czyli skutecznego osiケgania cel w najwaソniejszych dla nas dziedzinach, oraz subiektywne spojrzenie na siebie jako osob・. Spoウeczetwo nakウania nas do stosowania miary skuteczno彡i ・ i do pewnego stopnia wウa從ie tak post麪ujemy: sukcesy i poraソki podnoszケ lub obniソajケ naszケ opini・ o nas samych. Jest to jednak uproszczony obraz metody warto彡iowania siebie. Kto・ nastawiony do siebie bardzo pozytywnie ウatwo bowiem radzi sobie z niepowodzeniem: patrzy na nie z dystansu ・ i zachowuje dobre mniemanie o sobie. ッycie nie moソe przecieソ by・ nieprzerwanym pasmem sukces! Z kolei kto・ nastawiony do siebie negatywnie, uporawszy si・ z jakim・ zadaniem, nie dostrzega w tym przejawu swojej skuteczno彡i, ale uznaje powodzenie za ウut szcz龕cia ・ i nadal my徑i o sobie 殕e. Wydaje si・ zatem, ソe nasze zasadnicze nastawienie wobec siebie (pochodzケce moソe jeszcze z dziecitwa i nigdy nie kwestionowane) wpウywa na spos, w jaki interpretujemy swoje sukcesy i poraソki, a nie jest ich prostym odzwierciedleniem. Poczucie wウasnej warto彡i zaleソy wi鹹 bardziej od naszych podstawowych przekona・, od pozytywnego lub negatywnego stosunku do nas samych, niソ tylko od naszych powodze・ i niepowodze・. Jest w dosウownym sensie ・westiケ wewn黎rznケ・.
Duchowość, sukces i poczucie własnej wartości
Z perspektywy duchowej sukcesy i porażki nie mają znaczenia dla naszej wewnętrznej wartości, podobnie jak postawa innych wobec nas. Wszyscy jesteśmy cenni w oczach Bożych! Wartość wewnętrzna nie płynie z tego, co robimy lub co posiadamy, ale z tego, że istniejemy – z naszej predyspozycji do Boga, a nie z zajmowanej przez nas pozycji w świecie.
Przypomnijmy sobie opowieść o dobrym Samarytaninie, który zatrzymał się w podróży, by pomóc napadniętemu i pobitemu człowiekowi. Zwykle podkreślamy różnicę między Samarytaninem i tymi, którzy wcześniej mijali rannego, ale się nim nie zainteresowali. Warto jednak także zwrócić uwagę na kontrast między bezradną ofiarą i skutecznym wybawicielem. Kto wydaje się bardziej wartościowy?
Główną myślą przypowieści jest niewątpliwie to, że – przynajmniej w opinii Samarytanina – pobity cudzoziemiec, choć ignorowany przez wszystkich, zasługuje na życzliwość i wsparcie. Samarytanin traktuje obcego z szacunkiem, jaki mógłby okazać samemu sobie – i zdobywa tym nasze poważanie. Bo czy w głębi serca nie przyznajemy mu racji?
Obcy nie zyskuje szacunku i życzliwości Samarytanina przez swoje działanie, powodzenie ani pozycję w świecie – obrabowany i porzucony nie wygląda przecież na człowieka sukcesu – ale przez samo swoje i s t n i e n i e. Naczelny rabin Jonathan Sacks pisał: Nasza ludzka godność wynika stąd, że nikt, nawet genetycznie jednakowe bliźnięta, nie jest dokładnie taki sam jak ktoś inny. Nikogo z nas nie można zastąpić, wymienić, traktować tylko jako przedstawiciela pewnego typu. Właśnie to sprawia, że jesteśmy osobami, a nie zwykłymi organizmami czy mechanizmami.
Nasza zorientowana na sukces kultura szybko przechodzi od stwierdzenia: „Nie udało mi się”, do oceny: „Jestem nieudacznikiem”. Jednak porażka w konkretnej sprawie: konkurencji sportowej, egzaminie, przedsięwzięciu handlowym, powinna być dla nas rozczarowaniem, niczym więcej. Czy (w idealnych warunkach) nie kochamy dziecka bez względu na to, czy zajmuje pierwsze miejsce w zawodach, czy zdaje egzaminy z najwyższą lokatą i wszędzie budzi sympatię? Czy nie zdarza nam się szczególnie ciepłymi uczuciami darzyć właśnie kogoś, kto boryka się z problemami? Miłość dotyczy przecież osoby, nie jej sukcesów, statusu lub popularności. Łatwo jest nam to przyznać w odniesieniu do innych – lecz odrzucamy tę tezę, kiedy chodzi o nas samych. A każdy jest wartościowy i godny szacunku niezależnie od zasobności swojego konta bankowe go, stopni na egzaminie, rekordu życiowe go w sprincie, opinii otoczenia. Dlaczego tak trudno nam to przyjąć do wiadomości?
Po co nam poczucie własnej wartości?
Poczucie własnej wartości to sedno naszego bytu. Nastawienie do siebie rzutuje na sposób, w jaki interpretujemy swoje sukcesy i porażki, a także kształtuje nasz sposób odnoszenia się do siebie i do innych. Nawet największe dokonania nie zapewnią nam pokoju i zadowolenia, jeśli w głębi serca jesteśmy niespokojni i niezadowoleni z siebie. Można się o tym przekonać, obserwując ludzi, którym z pozoru wiedzie się doskonale – mają wspaniałe osiągnięcia, majątek, sławę – a negatywnie oceniają siebie i swoje życie; albo obserwując ludzi, którzy zmagają się z losem, ubodzy, cierpiący, ale dumni z siebie i pogodni. Poczucie własnej wartości wynika z zadowolenia z siebie jako osoby, z samoakceptacji. Do pewnego stopnia każdy akceptuje siebie inaczej, wyrażając w ten sposób swoje fundamentalne zasady i doświadczenia. Niektórzy psychiatrzy jednak, choćby James Sullivan, wyrniajケ elementy wspne wszystkim pozytywnym samoocenom. Sullivan wymienia trzy takie skウadniki:
– potrzeba poczucia, że zasadniczo jest się dobrym człowiekiem: pragniemy postrzegać siebie jako prawych, atrakcyjnych, godnych miłości; przeciwieństwem tej zdrowej postawy jest neurotyczne poczucie winy lub wstydu;
– potrzeba poczucia, że jest się inteligentnym: pragniemy być zdolni do wykonywania powierzonych nam zadań, do sprostania swojej sytuacji życiowej – pragniemy wierzyć, że potrafi my sobie radzić; przeciwieństwem jest poczucie własnej niekompetencji;
– potrzeba poczucia, że panujemy nad swoim życiem: pragniemy mieć moralną siłę do decydowania o sobie; przeciwieństwem jest neurotyczne poczucie bezradności, tkwienia w potrzasku.
Należy zauważyć, że Sullivan mówi tu o subiektywnym nastawieniu, nie o obiektywnym porównywaniu się z jakimś ogólnym wzorcem. Nie trzeba być Matką Teresą, by uważać siebie za „dobrego człowieka”; nie trzeba mieć tytułów naukowych, by wierzyć w swoją zdolność do podołania obowiązkom; nie trzeba być absolutnie niezależnym, by czuć, że steruje się własnym życiem. Sami wyznaczamy sobie kryteria w każdej z tych dziedzin, a aspiracje jednego mogą różnić się od aspiracji drugiego, odzwierciedlając niepowtarzalne tożsamości i doświadczenia – lub normy przejęte bezrefleksyjnie od rodziców i środowiska.
Niska samoocena oznacza brak satysfakcji z siebie – postrzeganie siebie jako kogoś nie dość dobrego, nie dość kompetentnego, niezdolnego do decydowania o sobie. Opinia ta nie musi mieć pokrycia w rzeczywistości: to, co jednemu wyda się absolutnie zadowalające, dla drugiego będzie powodem do samoodrzucenia. Tak czy owak, nasza postawa wobec siebie: pogodna akceptacja lub nieubłagana krytyka, wpływa na to, jak przeżywamy swoje życie.
Psychologowie Morris Rosenberg i Timothy Owens podkreślają, ソe wszyscy mierzymy si・ z atakami na nasze poczucie wウasnej warto彡i: bywamy krytykowani, deprecjonowani, wy徇iewani, odrzucani; nasze wady wychodzケ na jaw; rozczarowujemy siebie, doznajemy goryczy, wstydu. Majケc zdrowケ samoocen・, potrafi my spojrze・ na takie zdarzenia z dystansu i nie zaprzケta・ sobie nimi gウowy. Jest nam duソo trudniej, je徑i osケdzamy siebie negatywnie: poraソki wprawiajケ nas w przygn鹵ienie, a przy tym, nauczeni my徑e・ o sobie 殕e, koncentrujemy si・ na informacjach, kte potwierdzajケ nasze niskie mniemanie o sobie, i przywiケzujemy do nich zbyt wielkケ wag・.
przeczytano: 8330
dodano: 2010-09-04
Paweł Michalski
Drukuj
Polecamy także...
» Powołany został Administrator Diecezji Zamojsko-Lubaczowskiej
» Abp Waclaw Depo: "Przychodzę z pokorą"
» Zamojska Kuźnia Talentów II
» Spotkanie z asystentem muzealnym Ewą Koper w Civitas Christiana
» Karnawałowa Zabawa na Lodzie
» Koncert kolędowo-jasełkowy w Krasnobrodzie
» Opis herbu abp. Wacława Depo